Autor Wiadomość
ansinstalacje
PostWysłany: Wto 12:02, 26 Lip 2016    Temat postu:

Przyjemnie się czytało :)
Specy
PostWysłany: Nie 22:46, 24 Kwi 2011    Temat postu: Latarnik

Prolog

Siedziałem w ciemnym pokoju i patrzyłem w księżyc. Obserwowałem go z pewną dozą strachu i pasji. Nie potrafiłem od niego oderwać spojrzenia. Pozwalał mi zapomnieć o tym, co zaraz miało się wydarzyć. Jeden punkt. Jeden, jasny, cholernie okrągły punkt. Nie potrafiło do mnie dotrzeć, że po raz ostatni go widzę. Dziwne, mrożące krew w żyłach uczucie przebiegło po mym ciele i umyśle. Biała lampka świecąca na niebie przez moje sześćset lat życia, miała dzisiaj zgasnąć. Miała zgasnąć dla mnie. Czułem, że nadchodzi - latarnik. Zaraz tu będzie i zgasi moją lampkę. Zgasi po raz ostatni. Zgasi moje życie.
Nie pomyliłem się, przyszedł. Długi czarny płaszcz, czerwone niczym ogień oczy i ten śmiech. Drwiący, wypełniony rządzą mordu. Podniosłem się i wyciągnąłem w jego stronę dłoń. Jeśli mam umrzeć to z honorem, bez strachu czy ucieczki. Jednak strach był. Pożerał mnie od środka. Po raz pierwszy od kilkuset lat, poczułem, że żyję, ale tak naprawdę. Czy wampir może żyć? Nie. Czy może mu się wydawać, że żyje? Tak. Nagle po trzystu latach zapomnienia o niej, ponownie ujrzałem jej twarz. Blade, atłasowe policzki na które został lekko naniesiony róż. Złote włosy i jasne, wypełnione wolą życia oczy, skierowane w moje oblicze. Elizabeth. Trach. Ta sama kobieta, ale o lodowatym spojrzeniu. Czerwone usta i rubinowa krew spływająca po podbródku. Furia i irytacja w jej oczach. Nienawiść i rządza władzy. Widzę już tylko jej plecy, ona odchodzi. Po chwili jednak, odwraca się i szepcze: - Nienawidzę Cię. To był tylko szept, jednak ja słyszałem go dziesięć razy głośniej. Czułem jak niewidzialne sztylety wbijają się w moje i tak już martwe serce. Czułem, że ponownie umieram i na nowo się naradzam. Wydawało mi się, że jest to błędne koło, niemające początku, ani końca. Teraz wiem, że koniec jest – zawsze był. Właśnie się zbliża. Podążam za mym latarnikiem. Zaraz dojdziemy na miejsce. Jesteśmy.
Olbrzymia sala wypełniona obrazami konających. Ludzi, wampirów, wilkołaków, elfów, skrzatów, nimf, szpiegów, krasnoludów i wielu, wielu innych ras. Na samym środku, w okręgu siedzieli oni; przedstawiciele. Spojrzałem na nich i miałem ochotę wybuchnąć śmiechem, do momentu aż Jej nie zobaczyłem. Więc dzisiaj to Ona ma wydać na mnie wyrok. Moja miłość i śmierć. Mój osobisty, indywidualny, zdesakralizowany kat.



Rozdział I

Londyn
1823 rok

Stoję przy dużym oknie i obserwuję spadające krople z nieba. Ciemne chmury zasłaniały księżyc, a gdzieniegdzie białe błyskawice przecinały sklepienie. Jestem znudzony. Monotonia mojego wiecznego życia sięgnęła granic. Zerknąłem na olbrzymi zegar stojący w rogu komnaty, wskazujący północ. Skrzywiłem się. Nie opuszczający mnie głód drażnił me gardło i podniebienie. Był jak natarczywa mucha, której śmiertelnik nie może się pozbyć w ciepły, letni dzień. Ja jednak nie byłem śmiertelnikiem, a mimo to nie mogłem nic poradzić na me wieczne pragnienie. Poprawiłem mankiety koszuli i ruszyłem w stronę wyjścia. Przemieszczałem się po woli i z gracją, starając się nie zwracać uwagi na kpiące wyrazy twarzy moich przodków namalowanych na obrazach. Po cóż mam się spieszyć? Robiłem to przez pierwsze sto lat życia, kiedy to jeszcze moje nadprzyrodzone zdolności, sprawiały mi jakąkolwiek satysfakcje. A teraz? Jakież można mieć cele w wieku czterystu pięćdziesięciu lat? Chcę się po prostu dostosować. Przejechałem językiem po mych ostrych zębach i skrzywiłem się. Najwyższy czas rozpocząć polowanie.
Wychodząc przez bramę posiadłości nawet nie zerknąłem na stajennego, który zmierzał w moją stronę, aby zapytać czy zaprzęgnąć konie. Bo i po co? Oczywiście nie umknęło mojej uwadze, że był spięty. Jak zawsze. Potrzebowałem czegoś nowego. Czegoś co wprowadziłoby w moje życie chociaż trochę zmian. Przyspieszyłem. Do miasta dotarłem w niecałe dziesięć minut, przemierzając w tym czasie trzy mile. Nie spieszyłem się. Kiedy dotarłem na miejsce, przystanąłem przy olbrzymiej budowli znacznie wyróżniającej się spośród niewielkich gmachów. Opera. Na drzwiach został przyklejony duży plakat z napisem „Semiramida Gioacchino Rossini”.
Więc jednak ten głupiec postanowił pochwalić się sztuką. Sztuką Armenda. Moją sztuką. Prychnąłem lekceważąco, jednak zamiast odejść to skierowałem się w stronę kasy biletowej.
Za okienkiem siedział wysoki mężczyzna, o umęczonym wyrazie twarzy. – Może by mu tak ulżyć w cierpieniach? Jak szybko ta myśl przebiegła mi przez umysł, tak szybko znikła. Nie, to jest mężczyzna. Oni nie są wystarczająco smaczni, aby mogli zostać zaszczyceni śmiercią. Oczywiście śmiercią zadaną przeze mnie.
- Witam. – Zdjąłem kapelusz z głowy. – Proszę bilet na operę Gioacchina Rossini, Semiramidę.
Mężczyzna zza okienka nawet na mnie nie spojrzał.
- Przykro mi, ale wszystkie bilety zostały już wykupione.
Skupiłem na nim wzrok i wypchnąłem z siebie część mocy wypełnionej furią i agresją.
Człowiek wzdrygnął się i zerknął na mnie. Nie miał bladego pojęcia, co też go tak przeraziło.
- Poproszę bilet. – Powtórzyłem, lecz tym razem władczo i z pewną dozą groźby.
Oczy mężczyzny wypełniły się mgłą.
- Oczywiście. Panicz życzy sobie na balkonie, czy w pobliżu sceny.
Uśmiechnąłem się. Teraz mogę z nim rozmawiać.
- Na balkonie.
Już po chwili siedziałem w jednej z najlepszych loży. Nim zdążyłem się wygodnie usadowić na fotelu, zza purpurowej kurtyny prowadzącej do mojego miejsca, wychyliła się dziewczyna.
Była młoda. Mogła mieć zaledwie siedemnaście lat, jednak jej strój jasno mówił, że nie należała do najzamożniejszych.
- Czy życzy sobie pan lornetkę?
Wstałem i zmierzyłem ją wzrokiem. Widziałam cienkie żyłki wypełnione krwią na szyi. Jej piersi unosiły się nierównomiernie, a na twarzy wykwitł cudowny rumieniec, kiedy ujrzała w całości mą twarz.
- Nie dziękuję … Chociaż – zerknąłem wymownie na jej dekolt. – Jak ma panienka na imię?
Dziewczyna jakby skurczyła się w sobie. Prawą dłoń położyła na lewym ramieniu, starając się osłonić przed moim spojrzeniem. Jakby jej coś to dało. Dawno, już nie miałem tak dobrego humoru.
- Adelin.
Między nami zapanowała cisza. Czyżby na coś czekała?
- Coś jeszcze?- Spytałem, przyglądając jej się coraz to natrętniej.
- Nie. Życzę miłego wieczoru. – Spłoszona wybiegła z loży, a ja zadowolony z siebie, ponownie usiadłem. Nim przedstawienie się zaczęło, przed moimi oczami pojawiła się słodka twarzyczka Adelin. Jej duże niebieskie oczy, jasne loki opadające kaskadami na plecy i ramiona.

Na scenę wyszedł Rossini kłaniając się w stronę publiczności i zbierając gromkie oklaski. Dzisiaj miała mieć miejsce premiera jego, a raczej mojej sztuki „Semiramida”. Prychnąłem. Tak napisałem mu tą sztukę. Dla mnie była beznadziejna. Nie posiadająca nic zachwycającego, lecz dla uszu i wzroku ludzi była czymś niesamowitym. Ciarki podniecenia przeszły mi po plecach, kiedy przypomniałem sobie, że szacowny mistrz, w dalszym ciągu ma u mnie dług. Ze zniecierpliwieniem czekałem na zakończenie przedstawienia. W tym świecie czułem się niczym bóg. Ludzie zaciągali sobie u mnie długi w różnych formach, a ja nigdy nie miałem większego problemu ze ściąganiem ich. Natomiast ludzie mieli – o tak. Panicznie bali się mojego pojawienia i bardzo często popełniali samobójstwo, odbierając mi przyjemność zanurzenia swoich kłów w ich aksamitnie delikatnej szyi, bądź nadgarstku. Wtedy oczywiście nie odpuszczałem. Odbierałem sobie długi w postaci ich córek, czy żon.
Nareszcie! Skończyło się. Ledwo zdążyłem wyjść z loży, a potrąciłem coś. Nie zwróciłbym nawet na to uwagi, gdyby nie cichy pisk. Zerknąłem w dół, a pod moim stopami znalazła się Adelin.
- Auć? – Zmierzyłem ją wzrokiem, po raz trzeci już dzisiejszego wieczora i uniosłem ku górze prawą brew.
- Pan wybaczy. To nie tak, że ja podglądałam, ja po prostu …
Ta dziewczyna sama pchała się w moje ramiona. Jakże mógłbym zmarnować taką okazję?
- Cii … - Podałem jej dłoń, a ona niepewnie uchwyciwszy ją, wstała. Była taka niewinna, aż nie mogłem powstrzymać się, przed oblizaniem warg.
- Armend.
Patrzyła na mnie tymi dużymi oczyma, nie rozumiejąc.
- Mam na imię Armend. – Powtórzyłem, delikatnie całując jej dłoń.
Adelin zarumieniła się. Oh, jakże rozkosznym był ten rumieniec. Musiałem całą swoją siłą woli powstrzymać się, aby nie uchwycić jej w ramiona i nie wyssać gorącego trunku przemieszczającego się w jej żyłach. Jednak miała w sobie coś, co nakazało mi jej nie dotykać. Wręcz przysiągłem sobie, że nigdy jej nie skrzywdzę. Patrzyłem na nią zafascynowany i nie potrafiłem zrozumieć, co to dziewczyna w sobie ma.
- Adelin!? Ile razy miałam ci powtarzać, że masz się trzymać blisko mnie. – Przechyliłem głowę w lewo i ujrzałem starą matronę, wlepiającą gniewne spojrzenie w córkę.
- Pan wybaczy. Ja … ja już chyba pójdę.
Puściłem jej dłoń, a ona nieporadnie dygając, ruszyła w stronę przyzwoitki.
Hm. Ciekawe. Naprawdę, bardzo ciekawe. Byłem prawie pewien, że po sytuacji jaka zdarzyła się między mną, a tą dziewczyną zaraz przed przedstawieniem, będzie się bała w ogóle do mnie zbliżyć. Tymczasem ta mała i nie powiem śliczna istota, czekała na mnie. Ciekawe.
Piętnaście sekund później, stałem już przed drzwiami prowadzącymi do garderoby aktorów.
Wszedłem bez pukania. Jeśli chciałem, aby ktoś mnie nie widział, to po prostu tak było. W tłumie ludzi dojrzałem Rossini’ego.
- Witaj.
Widziałem jak jego plecy zesztywniały. A więc mnie poznał.
- Armend…
- Czyżbyś się nie ucieszył widząc mnie?
Odwróciłem się do niego plecami i podszedłem do lustra. Jestem piękny, cudownie piękny. Lekko falowane, brązowe włosy sięgające przed ramiona. Czarne niczym smoła oczy, lekko zadarty nos i niewielkie, acz pełne usta. Jestem idealny. Z zamyśleń wyrwał mnie głos kompozytora.
- Nie to nie tak … Jestem zaszczycony twoją obecnością. Mam nadzieję, że sztuka ci się podobała. – Tu przyciszył głos. – W końcu jest twojego autorstwa.
- Sztuka sama w sobie jest w porządku, tylko jej wykonanie, a raczej jego zupełny brak, mnie boli. Jednak cóż. Jesteś tylko szczurem w siedlisku kotów, czyż nie?
Człowiek, dotknął mojego ramienia i starał się mnie pociągnąć w stronę jakiegoś z pokoi. Ani nie drgnąłem. Uśmiechnąłem się do niego z politowaniem i rzekłem.
- Czy zdajesz sobie sprawę, że gdybym włożył tyle samo wysiłku co ty, aby cię zaciągnąć do tego pomieszczenia, to właśnie nie miałbyś ręki? Powiedziałem to ze spokojem, ba znudzeniem, co chyba jeszcze bardziej go przeraziło.
- Ja … to nie o … chciałem tylko …
- Wiem co chciałeś. – Wpadłem mu w słowo i strzepnąłem z ramienia jego zaciśniętą dłoń, jakby była okruszkiem. Śmiertelnik chwycił się za obolałą kończynę i jęknął.- Trzeba było poprosić. – I nie zwracając na niego uwagi, ruszyłem w kierunku miejsca, do którego próbował zaciągnąć mnie siłą.
Pomieszczenie nie było wielkie, acz muszę stwierdzić, że urządzone ze smakiem. Na około otaczała mnie ciemna boazeria. Na środku znajdował się średniej wielkości, mahoniowy stół, a wokół niego mała kanapa i trzy duże fotele w odcieniach bordowych.
Naprzeciwko nich stał duży kominek w którym wesoło trzaskał ogień, a nad nim wisiał niewielki zegar.
Skrzywiłem się. Połowa mojego i tak już nudnego życia była przeznaczona na jak najczęstsze spoglądnie na zegary. Prześladowały, męczyły, były za szybkie i jednocześnie za wolne, były po prostu złe. Usiadłem w fotelu, odłożyłem mą czarną laskę na bok i sięgnąłem po cygaro leżące na stole. Z kubraka wyciągnąłem zapalniczkę i podpaliłem tytoń, po chwili wypuszczając z ust duży kłąb dymu.
- Czego ode mnie chcesz?
Odwróciłem się w jego stronę i ponownie wypuściłem dym.
- Przyszedłem po swoją należność. – Posłałem w jego stronę uśmiech politowania.
- Rozumiem. Jednak zaistniały pewne okoliczności, które …
Wstałem. Cygaro przeleciało przez pokój i uderzyło w ścianę. Dokładnie dwa centymetry obok ucha kompozytora.
W pokoju zapanowała cisza. Nawet ogień palący się w kominku, zdawał się nie wydawać żadnego dźwięku.
- Nie obchodzi mnie to! – Już stałem obok niego i trzymałem zaciśniętą rękę na jego koszuli. – Nie obchodzi. – Dodałem ciszej.
- Ja … ja … ja …
- Zamknij się. Nie popadaj w histerię. Czymże się denerwujesz? – Spytałem spokojnie, ponownie siadając.
Rossini trząsł się jak osika. Podparł się lewą ręką o fotel i starał się uspokoić – nieskutecznie.
- Równy rok temu, przyszedłeś do mnie z prośbą o napisanie sztuki. – Zacząłem opowieść. – Nie miałeś wtedy, jak ty to nazwałeś?- Zerknąłem na przerażonego mężczyznę. - A tak już sobie przypominam. Nie miałeś wtedy weny. – Przy ostatnim słowie zaśmiałem się kpiąco. – A wtedy ja obiecałem ci pomóc, pod warunkiem, że...?
Posłałem w jego stronę wyczekujące spojrzenie.
- Że … że … że… - Najwyraźniej nie umiał dokończyć.
- Że, co?!
Ten człowiek naprawdę zaczynał już mnie irytować. Czemu ci śmiertelnicy zawsze muszą stwarzać jakieś problemy.
- Że oddam ci życie mojej córki.
- A no właśnie. A jako, że nigdy jej nie widziałem na oczy, to pozwoliłem sobie pożyczyć twój portfel.
Mężczyzna w przerażeniu zaczął przeszukiwać kieszenie.
- Tego szukasz?
Mężczyzna rzucił się na kolana i zaczął błagać mnie o litość.
- Błagam, weź mnie. Ale ją zostaw. Nie jest niczemu winna. Błagam!
Jego łzy nie robiły na mnie żadnego wrażenia. Co najwyżej budziły we mnie obrzydzenie.
W ręce trzymałem skórzaną własność kompozytora. Otworzyłem ją i syknąłem sfrustrowany, rzucając portfel na ziemię.
W oka mgnieniu wstałem i kierując się ku wyjściu, rzuciłem do Rossini’ego.
- Masz dzisiaj szczęście starcze. Ale nie myśl, że to koniec. Dług spłacisz mi inaczej.
Wyszedłem. Rossini, chyba nie do końca zrozumiał moje słowa, ponieważ wychodząc z pokoju widziałem tylko jego zapłakaną gębę i zaczerwienione oczy wlepiające się z lubością w zdjęcie Adelin.
- Szlag! Dlaczego właśnie ona?! – Zakląłem i wybiegłem na ulicę w poszukiwaniu posiłku.

Rozdział II „Polowanie”

Ruszyłem w stronę jednej z ciemnych uliczek. Zazwyczaj swoje ofiary poznawałem w ekskluzywnych lokalach, jednak dzisiaj nie miałem na to najzwyczajniej ochoty. Chciałem się po prostu napić.
Za trzy godziny miało wzejść słońce, więc musiałem się pospieszyć. Przystanąłem i starałem się uspokoić myśli, które skutecznie zagłuszały wszystkie dochodzące mnie z zewnątrz odgłosy. Już po chwili słyszałem rozmowy prowadzone na drugim końcu ulicy. Kobieta, dziecko i mężczyzna.
Zerknąłem na sklepienie i ujrzałem Tryjony. Westchnąłem w zachwycie. W ciągu mojego życia tylko one nie uległy zmianie.
Moja predylekcja do krwi była nie do opisania. Właśnie ona skłoniła mnie ku temu, aby wejść do mieszkania tych ludzi. Na początku zdawali się mnie nie zauważać, dopiero, kiedy wszedłem w światło, rzucane przez lampę oliwkową, przestali krzyczeć i spojrzeli na mnie. Przez twarz kobiety przelewała się gama uczuć. Począwszy od fascynacji i zakończywszy na przerażeniu. Jak mniemam jej pijany małżonek również ją zauważył.
- Więc to jeden z nich! Ty sczerstwiała ladacznico! Zdradzasz mnie, kiedy jestem poza domem!
Uśmiechnąłem się w duchu. Więc ten życiowy nieudacznik, wziął mnie za jej kochanka? Ludzie są tacy zabawni…
- Fryderyku ! To nie tak! Ja go nie znam! – Zrozpaczona kobieta, cofała się w stronę drzwi, jak najdalej od zbliżającego się męża.
Mężczyzna podniósł dłoń ku górze, przygotowując się do zadania ciosu. Nie zdąży jednak. W mgnieniu oka chwyciłem jego dłoń i złamałem w przegubie. Drugą uchwyciłem i wykręciłem mu za plecy, a swoją lewą rękę położyłem na głowie i skręciłem mu kark.
Mężczyzna, niczym szmaciana lalka opadł na ziemię. Dziecko zaczęło drzeć się niemiłosiernie, a jego matka zaczęła histerycznie płakać.
- Cisza!
Usłuchały. Leniwym wzrokiem przeciągnąłem po mych przyszłych ofiarach. Ich strach był prawie równie fascynujący, co krew płynąca w żyłach. Podszedłem do kobiety.
- Jak masz na imię?
- S..a..ra.
Tak naprawdę, imię jej nie miało dla mnie żadnego znaczenia. Dorothy, Aleksis, Amanda, Sarah? Cóż za różnica? Przecież i tak już była martwa, ale niestety lubiłem toczyć różnorakie gry z moimi ofiarami. Po krótkim czasie były wobec mnie tak ufne, że pozwalały mi na wszystko. A potem trach. Już ich nie było. Zaśmiałem się pod nosem.
- Ach Sarah … Cudowne imię. Czy żałujesz tego, co uczyniłem?
Nastąpiła chwila ciszy, po czym ciche westchnięcie.
- Nie Panie, on był złym człowiekiem, dziękuję.
Patrzyła na mnie niczym na anioła stróża. Groteska tego porównania, rozbawiła mnie do granic możliwości. Ten człowiek był zły? Ciekawe, co powiedziałaby o mnie, gdyby wiedziała, jaki los ją czeka.
- Czy wiesz, kim jestem? – Było to bezsensowne pytanie. Oczywiście, że nie wiedziała.
- Przykro mi nie mam pojęcia, z pewnością kimś mądrym. – Spuściła skromnie wzrok.
Podeszła do mnie i z odrobiną niepewności położyła na mym ramieniu dłoń. Zza okna przysłoniętego brudnymi firanami, rozległo się ciche huczenie sowy. Deszcz ustał, a jeszcze niedawno czarne niczym smoła sklepienie, zaczęło przybierać odcień purpury. No i znów będę musiał się spieszyć. Owa myśl, choć wydająca się zupełnie normalną, nagle uderzyła we mnie, w mój umysł, niczym olbrzymia fala w czasie burzy o klif. Więc w końcu, po kilkuset latach znudzenia i monotonii w moim nieznającym kresu życiu, pojawiło się coś takiego jak brak czasu. Wypełniło mnie dziwne, wewnętrzne uczucie, które kiedyś nazywałem … euforią? Gdyby tylko …
- Panie, może mogłabym ci się w jakiś sposób odwdzięczyć? – Ręka Sarah zaczęła zjeżdżać z mojego ramienia na klatkę piersiową.
Odechciało mi się jakichkolwiek gier, one należały do przeszłości, a ja już żyłem przyszłością, zamieniając ją z każdym ułamkiem sekundy, na teraźniejszość.
- O tak, z pewnością.
Chwyciłem jej twarz w dłonie i zbliżyłem usta do szyi. Nie przeszkadzało mi nawet to, że była brzydka. Niczego nieświadoma ofiara, zarzuciła mi ręce na barki, jakby spodziewała się właśnie takiej mojej reakcji, na jej propozycję.
Otworzyłem usta i obnażyłem kły. W końcu zanurzyłem je w jej szyi z pewną pasją, pozbawioną jakiejkolwiek delikatności. Pod zębami instynktownie wyczułem, przebitą przeze mnie tętnicę. Ostatnią rzeczą, jaka pamiętałem przed pożywieniem się, był przeraźliwy krzyk kobiety, wznowiony pisk dziecka i … krew.
Czerwony, życiodajny trunek był dla mnie czymś niesamowitym, niewyobrażalnym. Smakował niczym najlepsze wino, od którego bardzo łatwo jest się uzależnić. Na świecie istniał w niezliczonych ilościach, jednak i tak zawsze było, jest i będzie go zbyt mało, aby mógł zaspokoić moje potrzeby.
Oderwałem się od mojej ofiary dopiero wtedy, gdy okazało się, że w jej ciele zostało zaledwie kilka kropel krwi. Tajemnica osobników mojego pokroju, polegała na tym, że nigdy nie możemy pozbawić naszych ofiar całej krwi, ponieważ jej ostatnie krople są dla nas stosunkowo niebezpieczne, gdyż potęgują głód.
Odrzuciłem kobietę i zerknąłem na dziecko. Nie, nie miałem już na nie czasu – a szkoda. Przeniosłem wzrok na zwłoki leżące na podłodze i warknąłem. Tej części polowania nie lubiłem. Trzeba posprzątać. Kobietę chwyciłem za rękę, mężczyznę za nogę i wyskoczyłem przez okno. Jest coraz jaśniej – muszę się spieszyć. Zwłoki wrzuciłem do kanału ze ściekami, w którym szczury odwalały za mnie całą robotę.
Pierwsze promienie słońca zaczynały padać na wysokie gmachy budynków i gdyby nie ciemne, typowe dla zimy chmury, to już dawno by mnie dosięgły. Szybko przemieszczałem się przez najciemniejsze zaułki w mieście, aż w końcu dotarłem do mej posiadłości. Posiadłości rodu de la Menolle. Nim wszedłem do środka, po raz pierwszy lepiej jej się przyjrzałem. Była piękna. Do jej terenów prowadziła stara brama, która o dziwo nie przytłaczała tego miejsca. Długa aleja, w lecie otoczona przez krzewy winogron i róż, prowadziła ku wejściu do budynku. Po prawej stronie przy dużym dębie, znajdowała się altana, będąca niegdyś schronieniem w upalne wieczory. Na wprost niej, umieszczona została niewielka huśtawka, która z pewnością była oblegana przez młodych, zakochanych przodków.
W moim sercu, dodam tu w gwoli ścisłości - martwym – pojawił się żal. Żal do świata, że nigdy już nie będzie mi dane, dotknąć delikatnych płatków kwiatu, w świetle promieni słonecznych. Nigdy nie będę mógł iść z damą na piknik i zachwycać się wraz z nią cudowną pogodą. Westchnąłem i przeniosłem wzrok na doryckie kolumienki, podtrzymujące fundamenty posiadłości. Na marmurowe schody i duże, mahoniowe drzwi zakończone niewielką, miedzianą klamką.
Nagle, przeszywający ból przeszedł po mym karku, a w powietrzu uniósł się zapach spalonego mięsa. Natychmiast znalazłem się za drzwiami. Dawno już, nie zdarzyło mi się, abym był tak nieostrożnym.
- Dzień dobry. Panicz wrócił dziś stosunkowo późno.
Zerknąłem na służącego, który przemierzał z tacą przez korytarz. – Czy panicz życzy sobie pan czegoś do jedzenia?
Przewróciłem oczyma. Od trzech lat, mam tego samego służącego, który za każdym razem, kiedy wracam zadaje mi to samo pytanie i zawsze słyszy tą sama odpowiedź.
- Nie.
Ruszyłem w stronę olbrzymich szerokich schodów, wykładanych krwiście czerwoną wykładziną, lecz zatrzymałem się w połowie kroku i odwróciłem. Na mej twarzy pojawił się uśmiech. Szczery, jak najbardziej prawdziwy uśmiech. Służący zesztywniał, niczym śmiertelnik porażony wzrokiem meduzy. Chyba uznał, że zwariowałem.
- Emanuelu, mam dla ciebie wyśmienitą wiadomość. Za trzy dni zorganizujemy u nas bal. Proszę zrób mi listę wszystkich szacownych rodzin w tym mieście i jutro roześlesz zaproszenia, które wypiszę. – Taca z jedzeniem, którą służący trzymał w rękach, z brzękiem wylądowała na ziemi. – I posprzątaj to. – Dodałem wracając do swojej maski pozbawionej uczuć.
Nucąc jakąś melodię, przemierzałem schody. Dopiero dużo później, siedząc w fotelu przed olbrzymim kominkiem, zdałem sobie sprawę, że melodia pochodziła ze sztuki Semiramida”.
- Czyli jednak ten stary głupiec, stworzył coś wartościowego.

Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group