Forum STREFA NARUTO Strona Główna
 FAQ   Szukaj   Użytkownicy   Grupy    Galerie   Rejestracja   Profil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości   Zaloguj 

Bilans 2010.

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum STREFA NARUTO Strona Główna -> Hyde Park.
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Elle
medic-ninja
medic-ninja


Dołączył: 05 Paź 2007
Posty: 5952
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Kobieta

PostWysłany: Czw 21:28, 30 Gru 2010    Temat postu: Bilans 2010.

Do dzieła, dziewczynki! Pokażcie co osiągnęłyście, co chciałybyście naprawić, jakie są wasze nadzieje na nadchodzący rok.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Grabarz
Legendarny Sannin


Dołączył: 31 Mar 2008
Posty: 5091
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Piekło
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Czw 23:42, 30 Gru 2010    Temat postu:

2010? To już koniec? Strasznie szybko...
Styczeń - rok witam w towarzystwie przyjaciół, a rankiem pierwszego stycznia - w towarzystwie kaca. Niezdany semestr z dwóch przedmiotów wisi nade mną, mnóstwo ukrytych kosztów za egzaminy poprawkowe itd. solidnie obciążyły moje fundusze. Nie warto jest polegać na renomie szkoły, gdyż najczęściej okazuje się, że kryje się pod nią zwykłe zdzierstwo i wysokie opłaty. Dałam sobie z tym spokój i przeniosłam się do innej placówki. Ciężko było się przyzwyczaić.
Luty - moja pierwsza w życiu w miarę poważna praca, mimo, że na umowę-zlecenie. Poznałam znaczenie słów "pracować w pocie czoła". Nie byłam zmuszona, by podjąć pracę, ale zarabianie na własne wydatki, choćby głupie piwo i papierosy, sprawiło mi satysfakcję.
Marzec - pracy ciąg dalszy, gonienie do nauczycieli w sprawie poprawek zeszłego semestru, oddawanie prac semestralnych. Właściwie nic przełomowego.
Kwiecień - praca, nauka, więcej pracy. Nie ma o czym wspominać.
Maj - dziewiętnaste urodziny, które w żaden sposób nie zmieniły mojego życia. Praca, pracy, pracować. Oddawanie ostatnich wypracowań semestralnych, przygotowania do sesji egzaminacyjnej.
Czerwiec - pośrednik, spychologia i nepotyzm a także inne, mniej istotne detale, sprawiają, że wypowiadam umowę. Wreszcie zarywam nocki nie dlatego, że zapierdalam jak robol, ale dlatego, że chcę. Błoga wolności... Egzaminy zdane dzięki niesamowitemu szczęściu i pomocy ludzi z grupy podczas pisemnych. Średnia 3,75 - może bez rewelacji, ale jedna z wyższych, jakie osiągnęłam w ciągu ostatnich paru lat.
Lipiec - zapisałam się na kurs prawa jazdy. Kolejny, gdyż w poprzednim OSK mnie oszukano i długo zwlekałam z podjęciem nauki ponownie. Pełna sił i nadziei, mimo panującego upału, przypominam sobie, że ze sprzęgłem w benzyniaku trzeba się obchodzić delikatnie jak z kobietą, uczę się ponownie jeździć na wstecznym, wykonuję perfekcyjne łuki na placu manewrowym. Rewelacja. Pod koniec miesiąca wyjazd na trzy dni do domku letniego znajomego. Trzy dni w innym świecie. Jeszcze większa rewelacja, tym razem bez ironii.
Sierpień - nie działo się nic ciekawego, oprócz tego, że wyjeździłam w tym cholernym skwarze kolejne godziny na kursie...
Wrzesień - witaj, szkoło! Bez entuzjazmu, ale na zajęciach się pojawiam. Żadnych istotnych zmian.
Październik - kurs skończony, za naukę na teorię brać mi się jakoś nie chce. Opierdalam się we wszelkich możliwych zakresach. Ogarnia mnie niechciejstwo. W dupie wszystko mam.
Listopad - SABATON! Rewelacyjny koncert, na którym wyszalałam się jak nigdy. Gardło schrypnięte od śpiewania z tłumem, ubranie mokre od skakania tuż pod sceną. Nawrót ropnia, trzeci zabieg chirurgiczny w przeciągu 6 lat. Zapowiedź poważniejszego zabiegu w okolicach dolnego odcinka kręgosłupa w przyszłe wakacje. Prawo jazdy dalej leży i kwiczy. Ojciec się wkurwia o moje nicnierobienie, Piotrek mobilizuje do nauki. Zbieram się w sobie, oddaję prace semestralne, nadrabiam zaległości, uczę się na teorię.
Grudzień - podchodzę do wszystkich egzaminów wyznaczonych na ten miesiąc. Mam nadzieję, że zdam je mimo licznych nieobecności i potężnego lania wody podczas pisemnych. Zdaję wewnętrzną teorię i wewnętrzną praktykę w OSK. Dostaję w MORD-zie termin na egzamin państwowy. Znajduję dorywczą robotę, dzięki której mam nadzieję opłacić swoją podróż do Irlandii w marcu 2011. Uczę się na państwową teorię, powtarzam przydatne szczegóły na praktykę. Mam mocne postanowienie, by zdać. Dziś wyjeździłam ostatnie dwie godziny kursu. Dziś też, razem z Piotrem oraz przyjacielem, zrobiliśmy zakupy na sylwestrową imprezę. Jutro dzień pełen przygotowań, jutro kończy się i zaczyna rok...

Z Piotrem jesteśmy razem od końca września 2009. Z grona "starych znajomych" wiele osób się wykruszyło, jedynie rdzeń pozostał ten sam, zawsze niezmienny. Nie wiem, czy cieszyć się z tego faktu, czy nad nim boleć - w tym roku okazało się, ile naprawdę znaczą deklaracje sympatii i przyjaźni z ust niektórych osób. Czuję się trochę oszukana.
Na nadchodzący rok mam skromne plany: zdać prawo jazdy, zdać maturę, dostać się na studia, podjąć próbę usamodzielnienia się. Cała moja przyszłość zależy od tego, jak się potoczą sprawy. Mam nadzieję, że pójdzie mi dobrze, i zamierzam dołożyć wszelkich starań, by tak się stało. Mogłabym jeszcze dodać, że chcę odwiedzić parę osób i zobaczyć kawałek świata, choć nie wiem, czy uda mi się wyrobić ze wszystkim finansowo.

Jeśli miałabym podsumować w kilku słowach: 2010 mi "przefrunął" tak szybko, że niemal nie zauważyłam kiedy. W 2011 mam nadzieję Żyć. Po prostu, kurwa, Żyć - nie egzystować jak w roku, który dobiega właśnie końca.

Się rozpisałam.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Fushigi
Legendarny Sannin


Dołączył: 12 Sty 2008
Posty: 5767
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: London, I wish
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Pią 15:07, 31 Gru 2010    Temat postu:

Cóż, u mnie, szczerze mówiąc, nie działo się wcale tak wiele. Ale to był niezły rok, taki jakiś... spokojny? Przynajmniej z tej perspektywy, w ostatnim dniu roku, takie odnoszę wrażenie.
Jedno z ważniejszych wydarzeń... Hm, chyba moja osiemnastka. W jakiś sposób moje życie się zmieniło, może od razu nie dorosłam, nie dojrzałam ot tak, w sekundzie, ale jednak... Inaczej mnie traktują ludzie, ja sama siebie inaczej traktuję. Jakoś tak mi więcej wolno, choć ja wcale nie przepadam za nocnym włóczeniem się po imprezach, to jednak... Było parę fajnych osiemnastek w tym roku, to na pewno, próbuję też alkoholu. Chociaż - pijana jeszcze nie byłam. I nie spieszy mi się.
Zdecydowałam się co do studiów, może jeszcze nie do końca, nie w stu procentach, ale jednak. I robię coś w tym kierunku. Ogólnie, praktycznie cały ten rok minął mi pod znakiem przyszłości, studiów, nauki, matury.
Jeszcze bardziej utrwaliłam wiele przyjaźni, jeśli mogę tak to nazwać. Poznałam, o dziwo, taką liczbę facetów, jakiej chyba nie poznałam w całym życiu... co jednak niczego nie zmieniło. Nie pod względem tego tak zwanego życia uczuciowego. Ale - przynajmniej - powstrzymałam się i w tym roku udało mi się nie wpaść w żadne dziwne zadurzenie.
Ach, właśnie! I miałam bardzo fajne wakacje. Jedne z najlepszych. :)

Dziękuję za uwagę. ;D
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Elle
medic-ninja
medic-ninja


Dołączył: 05 Paź 2007
Posty: 5952
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Kobieta

PostWysłany: Pią 15:36, 31 Gru 2010    Temat postu:

No dobra... Nawet nie wiem, od czego zacząć. Em... Ok.
Ten rok był dziwny, wiecie? Z jednej strony nie działo się nic konkretnego, żadnych wieeeeelkich wydarzeń, które miały zaważyć na moim życiu, a jednak, jak tak zaczęłam sobie przypominać, to... Przypomniałam sobie sporo. I do tego był bardzo... emocjonalny, że tak się wyrażę. Każde wydarzenie, każdy miesiąc siedzenia w domu, obfitował w przemyślenia i wnioski.
Na początku było SuJu. Wiem, że to głupio zaczynać podsumowanie roku od koreańskiej muzyki, ale to prawda! W zeszłego Sylwestra Negai mi ich podrzuciła, do dziś to pamiętam! "Sorry, Sorry - Answer" i się zakochałam. Na całego. A potem poleciało już z górki - cała dyskografia, inni wykonawcy, kultura... Przestałam się ograniczać tylko do Japonii, poszłam dalej. Rozwinęłam się! Yaaay! Ale to pociągnęło za sobą coś więcej - w ferie zaraziłam Żabę i Chomika azjatyckim światem. Wreszcie miałam z kim normalnie, w realu, pogadać na ten temat. Nie tylko w sieci, ale z normalnym, żywym człowiekiem! Mogłyśmy razem siedzieć przed telewizorem, razem wzdychać, razem przeżywać. Miałam do kogo wysłać sms-a "widziałaś nowy klip?". Miałam do kogo iść z nową dramą. To wspaniałe, wiecie? Jak najbliższe osoby zaczynają rozumieć to, czym się pasjonujesz - jak nie patrzą na ciebie z niezrozumieniem albo nie kręcą głową z politowaniem. Tylko cieszą się razem z tobą! Mało tego, obie z Beatą zapisałyśmy się na pewne fanforum zespołu koreańskiego i poznałyśmy sporo osób, które są tak samo walnięte na tym punkcie. Miło jest poznać punkt widzenia innych, tym bardziej, jeśli później poznaje się ich w realu i razem chodzi do Genji. Wsiąkłam na całego i mi z tym dobrze! Do tego zainteresowałam się mangami, które wcześniej traktowałam dość obojętnie. Poznałam sporo interesujących historii, punktów widzenia. I dzięki temu odkryłam przefajne funkcje w Corelu, które umknęły mi wcześniej. Miło jest umieć coraz więcej, stawać się lepszym w czymś, co cię pasjonuje.
W ferie pojechałyśmy jeszcze do Gdańska. Ach, było CUDOWNIE! Środek zimy, trzaskające mrozy, a my łazimy po molo i obserwujemy zamarznięte brzegi plaży. Wzięłyśmy informatory z uczelni i wtedy dotarwło do mnie, tak naprawdę, że to już! Już, cholera! Zdaję maturę, studia tuż tuż! I odnowiłam bliższy kontakt z rodziną stamtąd, co też miało swoje znaczenie, ponieważ pod koniec sierpnia pojechaliśmy do nich na działkę campingową pod Jastrzębią Górę. Dwa tygodnie odcięcia od świata - zero komputerów, telewizorów, radia. Z lodowatą wodą z pompy, w dwóch przyczepach. Ale z przyjaciółmi, znaleźnymi harlequinami, wygodnymi butami, planami, radością i morzem o rzut beretem. Dosłownie, bo szło się dwie minuty. Odpoczęłam, naprawdę. Od huku miasta, pośpiechu, życia z dnia na dzień. Tam się trzeba było przejmować tylko tym, że trzeba mieć co jeść... I byłoby idealnie, gdyby nie mały incydent, który pociągnął później lawinę - wywalenie z obozu jednej z nas, jednego z obozowiczów, za jej "nieprzystojne" zachowanie. Nie będziemy się z nikim użerać, przyjechaliśmy po to, żeby odpocząć! Niech żałują, pojechaliśmy później do trójmiasta i całkiem za darmo zwiedziliśmy Stocznię Gdańską, weszliśmy do miejsc, do których nie wchodzi się normalnie i byliśmy oprowadzani przez byłego stoczniowca. Wtedy uzmysłowiłam sobie, dlaczego tak kocham historię. To nie są tylko daty - to są ludzkie zachowania, czyny, myśli. To się działo naprawdę. A ja chcę to wiedzieć. I poświęcić temu życie. Chociaż jeśli o życiu mowa, to na nowo całkowicie zakochałam się w wybrzeżu. I przeszła mi z Beatą jedna myśl - a gdyby tak..? A gdyby poświęcić się jemu...? Skończyło się na wzięciu informatora ze Szkoły Morskiej i realnym zainteresowaniem Marynarką Wojenną. A nóż widelec, może się uda? Pokochaliśmy Gdynię, pokochaliśmy port. Pokochaliśmy tę przestrzeń. I tylko myśl - tutaj! Wyprowadźmy się tutaj!
Wspomniałam o lawinie, prawda? Ta lawina była pełna niedomówień, żalu i pretensji. Skończyło się na tym, że straciliśmy kogoś. Naprawdę straciliśmy - wyprowadziła się bez słowa, całkowicie zerwała kontakt. Wiem, że nie jesteśmy bez winy, ale... Wyszło o niej sporo spraw, o których nie mieliśmy pojęcia. Niemiłych spraw. I kolejna dawka przemyśleń. Jak można żyć w takim zakłamaniu? Jak można tak się nie szanować. Ani ludzi, z którymi się mieszka. Jak można kłamać bliskim prosto w oczy, z uśmiechem na ustach? Jak można tak manipulować? Gorzko się rozczarowałam, jeśli chodzi o pewną osobę. Myślałam, że jesteśmy przyjaciółmi, a tu... I to nie tylko Ona. Była jeszcze druga. Druga, którą też straciłam. Na dodatek z tych samych powodów! Kłamstw, kłamstw i kłamstw. Nie będę znosić ludzi, którzy okłamują mnie dla własnej wygody - by wyjść na tę biedną, pokrzywdzoną. Nie.
Zostaliśmy my - utarty schemat, rdzeń, do którego dołączyła stara, acz nowa osoba. Kłopotliwa nieludzko, często uciążliwa i nieodpowiedzialna, ale prostolinijna i godna zaufania. Mimo jej oczywistych wad wiem, że jeśli przyjdzie co do czego, ona skoczy za mną w ogień. A to jest ważne.
Matura, matura, matura... Tak w lutym doszłam do wniosku, że ja dziękuję. Nawał zajęć, bieżący materiał, przygotowania do matury, wyciąganie ocen. Nie dałam rady. Doszłam do wniosku, że wyciągnę oceny jak najlepiej, jak tylko będę miała siłę, a maturę po prostu zdam. Żeby zdać. A w przyszłym roku wyciągnę te przedmioty, na których mi zależy, które są mi potrzebne za studia. I tak zrobiłam. Z jednej strony żałuję - jak słyszę studenckie historie, patrzę, jak znajomi chodzą na wykłady... Brakuje mi tego. A z drugiej strony jestem zadowolona, że zrobiłam, jak zrobiłam - dojrzałam, lepiej zrozumiałam samą siebie, wiem, czego pragnę i jak to osiągnąć. Jestem psychicznie do tego lepiej przygotowana, niż byłam przedtem.
A jeśli jeszcze o maturach mowa... Chyba nigdy w życiu nie najadłam się takiego strachu - nie wspominam tu pisemnych, bo do nich podeszłam na luzie, choć wyniki, szczególnie z geografii, mnie zaskoczyły. Nie wiedziałam, że nie przygotowując się w ogóle, mogę mieć tak wysoki procent... Mówię tu o ustnych! Zawsze miałam kłopoty z wypowiedziami, dlatego te egzaminy napełniały mnie bladym przerażeniem. O ile na polskim poszło dobrze - choć książki zaczęłam czytać cztery dni przed egzaminem, a poszłam tylko z pół planem, pojedynczymi słowami, wypisanymi w punktach, to angielski... Nigdy się tak nie trzęsłam. Nigdy tak mi nie latały ręce, nie miałam mroczków przed oczami. Poznałam znaczenie słowa STRACH.
A serce nadal mam puste, wiecie? Tylko w tym roku uzmysłowiłam to sobie dosadniej, niż kiedykolwiek. Mam przyjaciół, mam taką jaką mam rodzinę. Kocham ich, ale... To nie to samo. Nie ma tego "czegoś" co wypełniłoby pustkę w sercu. Tego kogoś, męskiego kogoś, kto mnie przytuli, gdy będzie źle, pocałuje w czubek głowy i powie "cześć". Tego męskiego kogoś, kto po prostu ze mną będzie. Nikogo nie pokochałam, nikt nie pokochał mnie. Nie wiem, może mnie się nie da kochać? Może naprawdę jestem taki potworem, nie-kobietą, która walnie, jak coś jej się nie spodoba, zmiesza z błotem... Nie wiem, dlaczego ludzie tak uważają, skoro nigdy tego nie zrobiłam. A może ja sama nie potrafię kochać? Może mam serce z lodu? To, że jestem w środku pusta i poczucie wyobcowanie, brak przynależności tu, gdzie jestem, zaczęły mi w tym roku ciążyć. Coraz głupsze myśli, coraz głupsze fantazje. Że nie powinnam tu być - nie moja mentalność, nie moje zachowania. Nie odpowiadają mi czyny tutejszych ludzi. Nie odpowiadają gesty, słowa. Może w tym jest problem?
Do tego codzienne życie w kłamstwie. Nie moim, ale jak patrzę, jak człowiek, z którym mieszkam od urodzenia, mój własny ojciec, kłamie mi prosto w oczy, plącze się we własnych słowach, to tracę wszelki szacunek i złudzenia, że będzie lepiej. I te ciągłe kłótnie. Tak się nie da długo wytrzymać. Do tego zaawansowany rak dziadka, gorsze samopoczucie drugiego... Jestem już gotowa nawet na najgorsze.
Zainwestowałam w siebie. Zaczęłam się przejmować, naprawdę przejmować tym, jak wyglądam. Jak ludzie mnie postrzegają, co sobą reprezentuję - naprawiłam wiele rzeczy, zadbałam o siebie. Niby nic, ale podbudowało moją pewność siebie. Nie czuję się już jak najbrzydsze kaczątko świata. Teraz po prostu jestem ptakiem. Nie kaczątkiem, nie łabędziem. Jestem i mi z tym dobrze. Wiem, że nie jestem olśniewająca i nie chcę taka być. Nie chcę, by ludzie zadawali się ze mną tylko dlatego, że wyglądam, jak wyglądam. Więc nie chcę być łabędziem i nim nie będę.
W ramach "po maturze spełniamy zaległe marzenia" zapisałam się z Beatą na karate. Z początku bałam się bardzo. Ale im dalej w las, tym jestem szcześliwsza - ja, która notorycznie uciekała z wf-u, odkryłam, że lubię się męczyć. Lubię spływać potem, lubię czuć słabość w nogach, lubię być obolała. Uczę się bić, kontrolować samą siebie, mam dyscyplinę. Jestem zadowolona. A do tego trener to blond-ciacho!
A plany? Całkiem realne, praktycznie pewne - wyprowadzka z Krakowa. Albo Wrocław, albo Trójmiasto. I studia. To moje plany. Nie, cele. A w przyszłym roku, na Sylwestra, mam nadzieję je odhaczyć z dopiskiem "zrobione".

Uf, nie wiedziałam, że aż tak się rozpiszę... Gratulacje dla każdego, kto to przeczytał, bo trzeba naprawdę nie lada wytrwałości.
A i tak jestem pewna, że coś pominęłam. ;)


Ostatnio zmieniony przez Elle dnia Sob 18:13, 01 Sty 2011, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Apple
Genin


Dołączył: 10 Kwi 2008
Posty: 271
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: ulica Sezamkowa
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Pią 17:10, 31 Gru 2010    Temat postu:

Tego roku nie będę wspominać dobrze.
Niby zaczęłam go wspaniałym sylwestrem, spędzonym z przyjaciółką. Potem wystawianie ocen, o które raczej się nie martwiłam, koniec semestru i ferie. Dwa tygodnie wolnego, podczas których zdołałam tylko spieprzyć coś na czym mi zależało. I to pod głupim pretekstem. Do tej pory nie mogę sobie tego wybaczyć.
Początek marca i próby przekonania mamy, że "ludzie poznani w internecie nie muszą być pedofilami, mordercami czy złodziejami". Nie udało się. Wciąż twierdzi, że ma rację, w związku z czym nie dostałam pozwolenia na wyjazd do Krakowa. Ale życie toczy się dalej.
Święta, nauka, wolne. Koniec maja i wymarzona wycieczka do Niemiec. Ubawiłam się jak nigdy. Urodziny, które dały mi tylko świadomość, że nadal jestem małolatą. I nic więcej. O oceny walczyć nie musiałam. 5,07 i wzorowe na świadectwie. Raz w życiu byłam z siebie dumna.
A potem przyszły one. Wyglądane od kwietnia. Wakacje.
Kolejne 3 tygodnie pod namiotem. Mój pierwszy obóz jako przyboczna. Pierwszy i jestem pewna, że ostatni. Pilnowanie dzieci to zło. Zwłaszcza, jak się jest od nich niewiele starszym.
Po obozie zaczął się koszmar. Przeprowadzka. I to nie gdzieś blisko. Spod Warszawy przeniosłam się w okolice Torunia. Prawie 300 km. Niue narzekam, bo miejscowość jest całkiem ładna.
Sierpień i wspaniałe 9 dni na krakowskich błoniach. I znów mam żal do siebie, bo przez własne gapiostwo, zaniedbanie i inne takie nie spotkałam się z Amazonkami.
Wrzesień, październik i listopad minęły głównie pod znakiem nauki i próbach odnalezienia się w nowym środowisku.
Koniec roku i mogłoby się wydawać, że nic już nie pójdzie źle. A jednak. Ostatnimi dniami parę osób straciło do mnie zaufanie. W pewnym sensie żałuję, ale mam wrażenie, że tak będzie lepiej.
Podsumowując. 2010 był dla mnie pełen zmian. Tych lepszych i tych gorszych. Żałuję pewnych decyzji, ale wiem, że już tego nie zmienię.

Mam nadzieję, że w nowym roku pojadę gdzieś bez rodziców, sama. Chociaż na kilka dni, żeby poczuć w jakimś stopniu, że żyję.
Chcę za rok móc powiedzieć sobie: "Ten rok był cudowny i niczego nie żałuję."
Ale to za rok.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Elealyon
ANBU


Dołączył: 04 Lut 2008
Posty: 839
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Z Deep Sea Research Center

PostWysłany: Pią 17:30, 31 Gru 2010    Temat postu:

Tak sobie czytam Wasze podsumowania i dochodzę do wniosku, że... w sumie rok 2010 to rok jak każdy inny. Plany, zmiany, ale w pewnym sensie wstęp do lat następnych, okres przejściowy. Przypomniałam sobie też przy okazji swój własny bilans 2009 i nie bardzo wiem co powiedzieć. Znaczy może wiem. Chyba.

Standardowo nie pamiętam pierwszych miesięcy bardzo dokładnie. Typowe zapierdalanie, czyli Makroregionów ciąg dalszy. I tak, rzeczywiście! Mój nauczyciel totalnie się zmienił, nasze relacje są teraz zupełnie inne. Jest tak cudowny, tak kochany, jak sobie przypomnę ile razy przez niego płakałam, to aż nie mogę w to uwierzyć. Skoro już przy fortepianie jesteśmy, to oznajmiam, że rok 2010 był (jeszcze jest, ha!) kolejnym krokiem naprzód. Pomijam kurs w Sanoku w ferie, bo tam raczej bardziej mnie skołowano (ale kurde, niedziela, 7 rano, a ja zapierdalam przez śnieg po kolana do szkoły, żeby poćwiczyć na lekcję o 13, bez śniadania, ludzi na ulicach nie ma... w sumie - bajka i jakie świetne uczucie, serio!), poznałam świetnych nauczycieli. Potem było Makro i związane z nim problemy, czyli to, że jako jedyna ze szkoły grałam z Poznaniem, bo mój nauczyciel był w naszej wojewódzkiej komisji i nie mogłam tam grać. Te tygodnie przygotowań, rozstrojenia, stres, które tak naprawdę zaowocowały tylko upokorzeniem w szkole, ale może także kolejnym zrozumieniem zrodzonym w mojej głowie. No bo jak to jest, z pięciu wysłanych osób (z naszej szkoły) dalej nie dostałam się tylko ja (grająca w innej grupie), chociaż etap szkolny zakończyłam z najwyższą z nas wszystkich punktacją. Cóż, potwarz. Za to potem fantastyczny egzamin w czerwcu z koncertem Bacha i akompaniamentem wspaniałego zespołu. Ile my miałyśmy radochy grając razem! I chodząc na próby do mojego nauczyciela! Skutkiem tego były brawa od komisji i ocena celująca...
Potem najlepsze wakacje mojego życia, czyli pierwszy samodzielny kurs pianistyczny. Duszniki Zdrój 2010. U tej wymarzonej pani profesor, która była w komisji na Makro i właśnie wtedy zasugerowała mi, żebym się wpisała do niej na kurs... Co tam się działo - nie da się tego do końca opisać. Być wśród ludzi, którzy prawdziwie kochają fortepian, którzy grają i cię rozumieją... Tyle nowych znajomych, wspaniałe lekcje, leżenie na kocyku pod gwiazdami, mecze piłki nożnej, wypady na koktajle, fluki, rozmowy, koncerty. Prawie jak raj. No i spotkało mnie też coś dość dziwnego. Poznałam chłopaka, całkiem miłego, sympatycznego, wcale nie super przystojnego, którego na początku nie uznałam za atrakcyjnego, a który mnie oczarował swoim wykonaniem Doliny Obermanna Liszta. Koniec kursu, wycieczka na drugi koniec Polski, spotkanie z Nim i wspaniale spędzony dzień, tydzień u rodziny, pogodzenie z kuzynem, w końcu wrzesień i szkoła.
Tak. Eee. Wtedy zaczęłam się cieszyć, że to mój ostatni rok w budzie. Wakacje zostały gdzieś daleko za mną, z Nim też już raczej nie mam kontaktu, mało rozmawiam z innymi ludźmi z Dusznik.
Wrzesień przeleciał, w październiku miałam nieszczęśliwy wypadek na zielonej szkole i to był znowu jakiś punkt zwrotny. Jak mi powiedziano, że może wystąpić dysfunkcja palca i że mogę nie grać, to wydawało mi się, że świat się zawalił. Akurat teraz, kiedy naprawdę odkryłam, że chcę grać, chcę uczyć, chcę startować na Akademię, nawet zaczęłam brać korepetycje z kształcenia słuchu! A tu taka niespodzianka. Szczerze, to był koszmar. Moja prawa ręka była wyłączona przez prawie dwa miesiące, nie mogłam grać. Tak naprawdę w ogóle straciłam chęć do robienia czegokolwiek. Ogarnął mnie jakiś taki... marazm, nie wiem, totalne zrezygnowanie. Przez to nie chciało mi się uczyć do matury próbnej, chociaż wyniki i tak mnie pozytywnie zaskoczyły. Dobijali mnie też inni pianiści, rozmawiali o nadchodzącym dyplomie (ostatnim egzaminie, takim otwartym dla publiczności, najważniejszym, kurde!, decydującym o zaliczeniu dwunastu lat nauki w szkole muzycznej). O dyplomie, na którym miałam nie grać. I tak, nie grałam na nim. Wszyscy zagrali, a ja słuchałam i tak strasznie im zazdrościłam, tych uczuć, tego, że mogli zagrać dla publiczności. Powoli wracałam do grania. Już bez tego zapału i ognia, który towarzyszył mi we wrześniu, gdy znalazłam wspaniały koncert d- moll Antona Rubinsteina i zdecydowałam się go grać.
Ale teraz już jest dobrze. Gram 13 stycznia o godzinie 13. Trzymajcie kciuki!

Wydarzyło się jeszcze trochę rzeczy, prawdę mówiąc wiele więcej. Gdzieś zgubiło się moje towarzystwo, przez stan zamroczenia przepuściłam kilka okazji na odbudowanie paru więzi. Prawdopodobnie straciłam najlepszego kumpla, który był dla mnie trochę jak brat. Ale to już nie przeze mnie. Uświadomiłam sobie na zielonej szkole, że się zmienił i już go nie znam. Tak naprawdę pomimo tego nie rozczarowałam się na ludziach jakoś strasznie. Rok 2009 był pod tym względem dużo gorszy, chyba przez wzgląd na szok i takie pierwsze uderzenie realizmu. Faceta też nie znalazłam (El, życz mi tego w tym roku jeszcze raz, może się spełni), a ostatnio mój były obiekt westchnień jakoś bardziej do mnie przylgnął! Ha ha, podczas dyplomu, potem na wigilii szkolnej i nawet ostatnio rozmawialiśmy jakieś trzy godziny... Ale on jest jednak beznadziejny xD

I znowu usłyszałam na wigilii tyle miłych snów, a!, i poznałam większą część rodziny na tej prawdziwej Wigilii, w tym moje słodkie, małe kuzyneczki. Wyściskałam je, wycałowałam, poznałam w ogóle i potem trochę lepiej. I doszłam do wniosku, że zdrowie i rodzina są najważniejsze. Przynajmniej z mojego punktu widzenia. Obecnego.

Na bank o zapomniałam o czymś ważnym. Tak, typu prawo jazdy i osiemnastka, która nie była niczym specjalnym![/b]
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Klaja-chan
Legendarny Sannin


Dołączył: 24 Lis 2007
Posty: 2451
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Kobieta

PostWysłany: Sob 6:04, 01 Sty 2011    Temat postu:

Cholera, co tu rzec. 2010 był koszmarny, wręcz potworny i chyba nie było takiego tygodnia, bym nie ryczała jak bóbr.
1 stycznia 2010 obudziłam się o 9.12, a więc spałam jakieś trzy godziny. Byłam z grupą z znajomych na domówce i było naprawdę świetnie. Pamiętam, że oglądaliśmy Kubusia Puchatka na Polsacie i śmialiśmy się, że to sztuka być bardziej zjebanym niż Królik. Wszyscy mieliśmy wtedy jeszcze po 16 lat i było nas 11.
W styczniu skupiłam się na poprawianiu ocen, powoli zbliżałam się coraz bardziej do klasy. Słabo pamiętam styczeń, wiem jedynie że wtedy jeszcze byłam zdrowa i zwykle było na dworze -20.
23 stycznia widziałam się z Gum i to był jeden z nielicznych, ale świetnych momentów 2010. Było skrępowanie, śmiech, Gordon, moja babcia, dla której wszyscy są 'pierdolonymi dziwkami', był Ouran, było fajnie.
A, i Mario. xD
W lutym pogodziłam się ze swoimi uczuciami, myślałam wtedy dużo o tym, że słabość do złych facetów znowu mnie wykańcza i walczyłam z tym. To żałosne, ale już teraz wiem, że nigdy go nie zapomnę. Wiem, że jest gówno wart, ale nie zapomnę.
Pod koniec miesiąca skończyłam 17 lat. Moje urodziny nie były jakieś szczególne, po prostu kupiłam sobie białą czekoladę, bo dostałam tego dnia pizdę z chemii.
15 marca 2010 wieczorem robiłam ćwiczenia na płaskostopie i upadłam. Nie mogłam przestać płakać, to było gorsze nawet od usuwania zębów z nerwami. Karetka. Diagnoza - połamane kości prawej stopy.
2 kwietnia zdjęto mi gips, próbowałam wyjść z jedynek na półrocze, wciąż miałam nadzieję że się uda. Nauka, nauka, nauka.
6 maja rozpoczęłam przygodę z dramami i cieszę się, że Inez była w stanie mnie do nich przekonać. Jak do tej pory moje ulubione to Jotei, PGE, Buzzer Beat, Maou i Nobuta wo Produce. Oglądałam też 1 litre no Namida, po którym nie mogłam się otrząsnąć.
Yamapi...
Zachorowałam na depresję. Miałam dość tego pieprzonego 'będzie dobrze', bo czy było dobrze ? Czy teraz jest dobrze ? Nie.
8 czerwca 2010 dowiedziałam się, że będę musiała powtarzać klasę. Teraz już się z tym oswoiłam, ale wtedy to był cios. To był ostatni dzień, kiedy byłam w szkole. Rozpacz, czarna rozpacz. Łzy wciąż i wciąż ciekły. Nie jadłam. Tak bardzo mi was brak, wciąż za wami tęsknię...wciąż myślę, co robicie, jakie macie lekcje, czy wciąż nadajecie na Kaszubę (na pewno)...i teraz nikt mi już nie mówi 'Cześć, Klaj', nie pozwalam się do siebie zbliżyć. Już nawet nie narzekam z wami na rosyjski, bo go nie mam. Nie mogę się z tym pogodzić..

Wakacje. Miały być Wronki, miał by Opener, miał być Kołobrzeg. Nie było. Była stara, znana mi Bydgoszcz, była Marta, było wycie Florence na cały Nowy Fordon. Pamiętam, jak przez całą noc nie mogłyśmy się oderwać od Plotkary i zawadniałyśmy klawiaturę przez Chucka i Nate' Z Grzywką.
Całe wakacje to była głównie Bydgoszcz i Luchowo. W lipcu zaczęłam słuchać Comy, ściągnęłam wszystkie albumy i nie mogłam się uwolnić od Roguca. W uszach bezustannie leci mi Spadam, Ekhart, PWZM i ku zgrozie innych wciąż sobie podśpiewuję.
W połowie sierpnia byłam z dwiema kuzynkami na Zaćmieniu. Kiedy zobaczyłam Jaspera, niemal zmoczyłam fotel. W tej części wyglądał niesamowicie seksownie, a w poprzednich był nieudanym przymuleńcem.
W końcu nadszedł 18 sierpnia, powiedziałam sobie 'Udawaj, że wszystko jest ok' i wylądowałam z grupą znajomych nad jeziorem. Teraz nazywamy tamten wypad Kac Głuszyn, bo to była masakra. Był Dzień Wina (w życiu się tak nie wstawiłam jak wtedy), ognisko, hektolitry wódki, wina, wszystkiego co ma procenty.
Przyjechał On. Zawsze mnie wspiera i jest dla mnie miły. I nawet mnie bronił, kiedy Konrad mnie wyzywał. To było takie miłe.
Były uśmiechy, spojrzenia, tańce, powróciło zdarzenie sprzed półtora roku - znowu byliśmy my, znowu z piwem, znowu pomost i jezioro tyle że inne miejsce. Lubię sposób, w jaki wypowiada moje imię. Lubię go.
Potem był już koniec sierpnia i prawda jest taka, że na nowa szkołę zdecydowałam się dopiero na końcu sierpnia. Myślałam o tym całe lato i nadal nie wiem, czy to nie był błąd.
1 września, cudem trafiłam do klasy.
2 września, byłam jeszcze bardziej przerażona. Poznałam ludzi, nie było źle.
Cały wrzesień mnie dobijał fakt, że jestem starsza od reszty. Wciąż mam z tym problem. I program też mnie nudził, przecież miałam to rok temu.
Zaczęłam dobrze - 6 z angielskiego, 5 z polskiego i francuskiego. Przecież jestem w liceum jedynie ze względu na języki. Cały wrzesień oswajałam się z nową szkołą, nowymi ludźmi, zaczęłam spacery po mieście. Mam dupne godziny autobusów.
Październik, nic ciekawego. No, może poza tym że w październiku dużo myślałam o swojej wierze, albo raczej jej braku. Nie potrafię określić w co wierzę, ale na pewno w przyciąganie. Uczyłam się, tak jak wszyscy.
Listopad, przez obawy mamy nie dotarłam do Gum i na Comę. Jechał tez mój kumpel, ale i on nie pojechał. Spoczi.
O, i 24 listopada minęły 3 lata, od kiedy jestem na Strefie. Fajnie się wtedy czułam.
Grudzień, problemy z woreczkiem żółciowym. Wigilia, która w moim przypadku trwała minutę. Nudy.
Nie utrzymuję już kontaktów z nikim z gimnazjum, poza bratem i jego znajomymi. Jego dziewczynę, moją byłą przyjaciółkę darzę ognistą nienawiścią. Niech się pierdoli.
Nie czuję się wcale jak nastolatka czy dziewczyna, a młoda kobieta. Dziwne.
Wczoraj był Sylwester 2010, który spędziłam sama w towarzystwie kilku desperadosów. Grałam w Simsy, bo i co miałam robić. W tej akurat chwili czuję się zjebanie.
Obym kiedyś w końcu zdała.
Dziękuję za uwagę.


Ostatnio zmieniony przez Klaja-chan dnia Sob 6:06, 01 Sty 2011, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Shamaya
Legendarny Sannin


Dołączył: 27 Lut 2008
Posty: 4541
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 1/3

Płeć: Kobieta

PostWysłany: Sob 13:29, 01 Sty 2011    Temat postu:

Rok 2010 był dla mnie pasmem porazek na gruncie prywatnym, a chyba najlepszym, jesli chodzi o szkole i takie tam 'powazne' rzeczy.

styczen - sylwester wyjazdowy, jeszcze z K., studniowka rowniez. Pozniej zerwanie, jakis czas czarnej rozpaczy.
luty - koniec czarnej rozpaczy, ciagle bawienie sie w 'kotka i myszke' z przyjacielem. ja chcialam, on nie chcial. on chcial- mnie sie odechciewalo.
marzec - nie wiele pamietam z marca. praktycznie nie bylo mnie w szkole (co odbilo sie na ocenach, bo przeciez semestr juz mi sie konczyl), w domu tez rzadko bywalam (dzieki czemu przez cale wakacje musialam na nowo zdobywac sympatie rodzicow. teraz im dziekuje za to, ze znosili moje wybryki, bo przeciez mogli mnie po prostu wywalic na bruk), przez 90% czasu bylam albo upalona, albo pijana. a matura juz niedlugo.
kwiecien - wychodze na prosta, jestem trzezwa i czysta, jednak do matury nadal sie nie ucze, olewam fakultety.
maj - matury. na kazda 'uczylam' sie dzien przed, bylam pewna, ze oblalam matematyke i geografie. egzaminy ustne zdalam najwyzej w szkole (oczywiscie nie tylko ja jedna mialam takie wyniki). dzialy sie rozne dziwne rzeczy, spedzalam np. noc w szpitalu przy lozku brata (mial wtedy niegrozny zabieg), by wstac bladym switem, biec do domu sie ubrac i isc na mature. przed matura z matematyki zrobilismy sobie klasowa domowke (mamo, idziemy sie uczyc), w wyniku czego praktycznie spalismy na stolach w trakcie egzaminu. ODPOWIEDZIALNA POLSKA MLODZIEZ. Pod koniec maja wyjazd z ekipa, z ktora znam sie od dziecka, libacji ciag dalszy, niezadowolenie rodzicow rosnie.
czerwiec - skladanie podan na studia, wypady ze znajomymi GDZIEKOLWIEK, w domu bywam gościem, rodzice mają dosyć.
lipiec - czas wziac sie w garsc i odpracowac swoje winy. niemal miesiac wakacji na wsi z rodzicami, stawanie sie ponownie 'ukochana coreczka tatusia'. Wyniki rekrutacji - dostalam sie wszedzie, gdzie zlozylam papiery (co bylo dla mnie szokiem, bo nie dawalam sobie szans, chcialam isc na prywatna uczelnie. na szczescie mama mnie 'przycisla', zebym skladala na panstwowe i udalo sie).
sierpien - rodzinnych wakacji ciag dalszy, brak ekscesow i wyskokow z mojej strony, po familijnych wakacjach nadal duzo imprez, ale, hm. normalnych.
wrzesien - praca w sklepie wujka. w zasadzie nic konkretnego.
pazdziernik - poczatek roku akademickiego, nowi ludzie, chodzenie na wyklady i przykladanie sie do cwiczen - pierwsze 3 tygodnie. imprezy nadal w starym gronie.
listopad - zaczyna sie opuszczanie wykladow, olewanie cwiczen.
grudzien - pierwszy kolos w zyciu- oblany. na szczescie zdalam w drugim terminie. imprezy, imprezy, imprezy. polepszenie relacji z rodzicami. kilka dni temu- wypadek. na autostradzie wjechal w nas tir (jechal brat, kolega, ja - z tylu), CUDEM przezylismy, nowe auto do kasacji, ja poturbowana, pocieta, poobijana, ale zywa.

Pociesza mnie to, że rok 2011 nie moze byc gorszy niz 2010.


Ostatnio zmieniony przez Shamaya dnia Sob 13:33, 01 Sty 2011, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Shamaya
Legendarny Sannin


Dołączył: 27 Lut 2008
Posty: 4541
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 1/3

Płeć: Kobieta

PostWysłany: Sob 16:23, 01 Sty 2011    Temat postu:

Elle napisał:
pod koniec sierpnia pojechaliśmy do nich na działkę campingową pod Jastrzębie Zdrój. Dwa tygodnie odcięcia od świata - zero komputerów, telewizorów, radia. Z lodowatą wodą z pompy, w dwóch przyczepach. Ale z przyjaciółmi, znaleźnymi harlequinami, wygodnymi butami, planami, radością i morzem o rzut beretem. Dosłownie, bo szło się dwie minuty.


Gdzie jest morze na śląsku? Bo mieszkam tam całe życie i jakoś chyba mi umknęło ;-)
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Elle
medic-ninja
medic-ninja


Dołączył: 05 Paź 2007
Posty: 5952
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Kobieta

PostWysłany: Sob 18:13, 01 Sty 2011    Temat postu:

Szlag, zawsze mi się to chrzaniło. XD Już poprawiam.

Lyon, skarbie, jasne, że ci tego życzę. Z caaaałych sił! <zaciska>
Btw. Przypomnij mi skąd jesteś. XD


Ostatnio zmieniony przez Elle dnia Sob 22:34, 01 Sty 2011, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Elealyon
ANBU


Dołączył: 04 Lut 2008
Posty: 839
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Z Deep Sea Research Center

PostWysłany: Nie 14:50, 02 Sty 2011    Temat postu:

No to teraz musi się spełnić!
Eee, nie wiem czy do mnie skierowane było to zdanie, może tak, a może nie, ale tak btw - jestem z Wrocławia xD

Ja za to wręcz cudownie zaczęłam rok 2011 - rozwalając prawe lusterko w samochodzie. Czy mówiłam coś wcześniej o prawie jazdy..?
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Elle
medic-ninja
medic-ninja


Dołączył: 05 Paź 2007
Posty: 5952
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Kobieta

PostWysłany: Nie 15:38, 02 Sty 2011    Temat postu:

A co robisz ok. 20 lutegoooooooo? :D

Ostatnio zmieniony przez Elle dnia Nie 15:39, 02 Sty 2011, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Elealyon
ANBU


Dołączył: 04 Lut 2008
Posty: 839
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Z Deep Sea Research Center

PostWysłany: Nie 15:57, 02 Sty 2011    Temat postu:

Wtedy mam chyba ferie..? Chyba tak, choć głowy nie dam. Czyli prawdopodobnie siedzę w domu i się nudzę ^^
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Elle
medic-ninja
medic-ninja


Dołączył: 05 Paź 2007
Posty: 5952
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Kobieta

PostWysłany: Nie 16:15, 02 Sty 2011    Temat postu:

Bo będę we Wrocławiu. :D
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Elealyon
ANBU


Dołączył: 04 Lut 2008
Posty: 839
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Z Deep Sea Research Center

PostWysłany: Nie 17:16, 02 Sty 2011    Temat postu:

No to w takim razie już się nie nudzę.

^^
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Elle
medic-ninja
medic-ninja


Dołączył: 05 Paź 2007
Posty: 5952
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Kobieta

PostWysłany: Nie 17:39, 02 Sty 2011    Temat postu:

Jeszcze dam ci znać dokładnie, bo jadę z przyjaciółmi (kumpela mi się nastawiła na dni otwarte w szkole teatralnej) i przy okazji miasto zobaczyć, bo może będą tam studiować. ^^
Yaaaaay, poznam Lyon, poznam Lyon! :D
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Elealyon
ANBU


Dołączył: 04 Lut 2008
Posty: 839
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Z Deep Sea Research Center

PostWysłany: Nie 19:11, 02 Sty 2011    Temat postu:

Też się cieszę, że Cię poznam, choć w sumie nie wiem czy Ty powinnaś się tak cieszyć... xD
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum STREFA NARUTO Strona Główna -> Hyde Park. Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group

Theme xand created by spleen & Soft.
Regulamin